Pogorzelcy Kornela Makuszyńskiego

W jednym z ostatnich numerów „Polityki” odnajdujemy artykuł autorstwa Edyty Gietki, [współpr.] Mirosław Iwaszczyszyn Bieda się rozmnaża – Prokreacyjnie rozrzutni. Niestety jeden z jego obszernych fragmentów dotyczy Kamienia Pomorskiego. Dlaczego niestety? Bo pokazuje brutalną prawdę na temat tego jak pięć lat po tragedii jaka rozegrała się 13 kwietnia 2009 roku w hotelu socjalnym funkcjonują niektóre osoby, którym udało się przeżyć pożar.

Stworzyliśmy sprytny (innowacyjny) język, którym obsługujemy stary problem w sposób politycznie, etycznie i konstytucyjnie poprawny. Ktoś w końcu musi pierwszy zmienić styl. Co roku drukarki zobligowanych unijnie Ośrodków ­Pomocy Społecznej wypluwają strategie rozwią­zywania problemów, zagadnienia horyzontalne, plany operacyjne itd. Po wstępie w stylu „rodzina zaliczana jest do najstarszych struktur społecznych” (to Grajewo), w analizie SWOT, oceniającej mocne i słabe strony stałych klientów, charakteryzują ich jako: wielodzietnych, bezrobotnych, roszczeniowych, niezaradnych wychowawczo, których głównym ­kryterium zachowań społecznych jest chęć przetrwania. W strategiach mówi się o nich – defaworyzowani. Słowo patologiczni byłoby stygmatyzujące, a standard basic opieki nad klientem to upodmiotowianie go. Nie ma gorszych ani lepszych. Żadna dysfunkcyjność nie może być powodem, by kimś pogardzać. Także tymi, którzy mimo ospałości życiowej preferują – mówiąc językiem demografów – rozrzutny styl reprodukcji. W grudniu 2013 r. z powodu uprzedmiotowienia Wioletty S. poprzez „dokonanie jej ubezpłodnienia” sąd skazał lekarkę z Szamotuł na rok więzienia w zawieszeniu. Wykonując cesarskie cięcie Wioletty S., poszła na skróty. Powinna wybudzić pacjentkę z narkozy i poinformować ją, że przy następnym (dziewiątym) porodzie może jej pęknąć macica. Czy wyraża zgodę? Ociężała intelektualnie powódka i jej 67-letni partner, choć od lat pionizowani życiowo przez panie z MOPS, powoływali się w sądzie na traumę wywołaną świadomością, że już nie mogą mieć więcej dzieci. Jak – żeby nie zaleciało eugeniką – porozmawiać o rozrzutnym stylu reprodukcji defaworyzowanych? O tym, że strategie OPS składają się z metajęzyka-impotenta, który przykrywa istotę spraw? I że za chwilę będą potrzebne nowe strategie, żeby posprzątać po obecnych. Może tak:

Stymulowani

Właśnie mija pięć lat od pożaru hotelu socjalnego w Kamieniu Pomorskim. Po wieczornym grillu zakrapianym z powodu Wielkanocy spłonęło 10 dorosłych i 13 dzieci. Niektóre były stopione z matami i gumoleum. Czujniki przeciwpożarowe zostały wcześniej rozbite, bo przeszkadzały w imprezach z rożnem na klatkach. Dwa lata później 77 ocalonych (w tym 25 dzieci) wprowadzało się do dwóch nowych bloków. Wnosili pobrane z magazynów: żyrandole, okapy, rolety, plazmy, ertefałki, laptopy i inne. A., wyjeżdżając z wózeczkiem dziecięcym, poczuł się dotknięty uwagą, że nie ma dzieci, mówił: otóż mogę je mieć. I już ma. Na warsztatach z poczęstunkiem rozdawano ocalonym skoroszyty i metodą burzy mózgów ćwiczono, jak pchnąć siebie na właściwe tory. Uświadamiano, że traumatyczność nie będzie wieczna. A żeby jeszcze bardziej stymulować ich poziom ambicji, 10 m dalej wybudowano blok TBS, gdzie zamieszkali odpłatnie życiowo zaradni. Niech ci pierwsi patrzą z okien, jak ci drudzy wychodzą rano do pracy. Niestety, z powodu zbyt głębokich deficytów motywacyjnych nie zaskoczyli, zostawiając po sobie niesmaczne wrażenie, że chętnie by jeszcze raz spłonęli, mogąc zyskać. Niektórzy już posprzedawali u paserów podarowane rzeczówki, jakie wnosili do mieszkań. Państwu K., proszącym darczyńców m.in. o dużą ­lodówkę, w której mogliby schłodzić bolące od skoku pięty, został tylko materac. Zaś ocalonemu E. (był oburzony, jak powiedziano mu, że nie dostanie większego metrażu, bo jego kobieta zaszła z drugim dzieckiem już po pożarze) – przykryty brezentem stylizowany skuterek i rasowy piesek o imieniu Dżejzi, kupione z zasiłku w kwocie 37 tys., jakie każdy dostał za traumatyczne przeżycia. Pod blokami postawiono plac zabaw dla ocalonych i nowo narodzonych dzieci. Ale stoi pusty. Nie pasuje dzieciom. Też czują się pokrzywdzone przez gminę, bo co im dała? Huśtawki i ślizgawki? Chciałyby czegoś więcej. Więc jak dawniej wolą ganiać za sobą po piwnicach. Kilkuletni synek R. nie ma czasu bawić się w ganianie, ponieważ mama posyła go w miasto. Wchodzi do sklepów, banków, usług i deklamuje, że nie ma na żywność. Taktowny. W miejsca, gdzie coś dostanie, nie wraca nazajutrz, lecz co trzeci dzień. Mama znów jest zakochana. Nowo narodzonych dzieci przybyło kilkoro. Urodziła m.in. W., która podczas pożaru straciła synka z downem. Obudzili się z partnerem, jak ten synek już płonął w łóżeczku. Z powodu krytycznej ospałości życiowej jest ciągle zapraszana na pogadanki o planowaniu rodziny. Nie godzi się na ograniczanie płodności, ale obiecuje, że będzie uważać. Urodziła też B., zakochana w recydywiście. Nastąpiła – można powiedzieć – wzorowa koherencja działań różnych jednostek opiekuńczych. Żeby matki nie zasłaniały się przed pracą macierzyństwem, dwa metry od bloków zbudowano im przedszkole. Opieka deklarowała dofinansowanie za pobyt, a żeby jeszcze mocniej ocieplić atmosferę, zmieniono nawet nazwę ulicy. Obecnie przedszkole stoi nie przy Elizy Orzeszkowej, lecz Kornela Makuszyńskiego. Na 150 przedszkolaków, tych od ocalonych chodzi góra troje. Matki o godz. 8 rano są jeszcze niewypoczęte. Poza tym ciepła woda kosztuje, a przecież nie mogą słać brudnych, bo zabiorą im dzieci. W czasie gdy pod krzyż, który stanął na pogorzelisku, wciąż chodzą szkolne wycieczki na lekcje wychowawcze, do czego może doprowadzić życiowa postawa beztroski, ocaleni dalej żyją na tzw. żywca. Najbardziej wyczerpującym zajęciem jest dla nich uciekanie przed awizo wzywającym do zapłaty czynszu. Przez co stresują gminę, gdyż ta ze strachu przed najazdem kamer boi się eksmitować ocalonych i kompletnie nie wie, co zrobić z tym faktem.

Kontraktowani

W zamkniętym niedawno ośrodku przy ul. Dudziarskiej w Olszynce Grochowskiej ciągle rodziły się dzieci, choć Iwona Balsam, szefowa, narozdawała się panom prezerwatyw. Dzieci nie przychodziły na świat z wyrachowania. Matki liczyły na miłość, nie becikowe. Zresztą zawsze późno orientowały się, że zaszły, a warunkiem becikowego jest ciąża monitorowana od piątego tygodnia. Więc tych dzieci świat nie wita nawet tysiącem. W nagrodę dostają wyszukane imiona: Samanta, Aron, Dżesika. I już od pampersów w rozmiarze NewBaby przemieszczają się z matkami po ośrodkach. Jest ich w Polsce ok. 400. Jeśli matce coś nie odpowiada, np. nie chce stać przy kuchni, zostawia pokój razem ze stertą ciuchów, bo tych nigdy nie brakuje. Jak B. Gdy B. znów się zakochała, a pięcioro już miała na zasiłkach, dostała od darczyńców szwedzką spiralkę dla wieloródek, z podwyższoną gwarancją. Fakt, że wytargowała za spiralkę 200 zł (od ginekologa, do którego wysłano ją na założenie), wydał się dopiero, kiedy znów zaszła. Obecnie jeździ po Polsce z dziewiątką (…)

Cały artykuł można przeczytać klikając —-> TUTAJ <—-

źródło:
polityka