net

Sprawca zbrodni do której doszło pomiędzy Jarszewem a Kamieniem Pomorskim, uznawanej za gangsterską egzekucję, przeprasza rodziców zabitego, ale twierdzi, że broń, z której zastrzelił swoją ofiarę, wypaliła przypadkowo.

W niedzielny poranek 30 marca, tuż przed godziną 9 na trasie prowadzącej z Jarszewa do Kamienia Pomorskiego, ze srebrnego Mercedesa ML padły strzały w kierunku jadącego przed nim do Opla Corsy. Jedna z kul śmiertelnie trafiła znajdującego się w samochodzie 23-letniego Grzegorza G. W Oplu znajdowało się jeszcze dwóch mężczyzn. To oni mieli przywieźć kolegę do szpitala. Godzinę później policjanci natrafili na srebrnego Mercedesa, z którego miały paść strzały. Po zabezpieczeniu dowodów samochód został odholowany na policyjny parking.

Gdybym chciał ich pozabijać, miałbym do tego lepsze okazje, np. wtedy, jak nasze samochody się zrównały – mówił przed sądem Maciej Sz. Jego kolega, Adam M., odpowiada za udział w zbrodni z wolnej stopy.

Sz. zeznawał, że dzień przed tragedią był na zakrapianej imprezie. Kiedy odprowadzał do domu mieszkającą w Kamieniu Pomorskim dziewczynę, pod jej blokiem doszło do awantury z grupką pijanych rówieśników, w trakcie której „bronił się, wymachując siekierką”. Jak zeznał zawsze woził ją w aucie. Rano dowiedział się przez telefon, że ktoś wypuścił jego psy, zamknięte w domu w Jarszewie. Kiedy się tam udał, został po raz kolejny zaatakowany przez trzech napastników uzbrojonych w maczetę.

Maciej Sz. przekonywał, że udało mu się uciec jednak znów natknął się na nich kiedy wyjeżdżał z Jarszewa. Miał już przy sobie obrzyna, którego „przypadkowo znalazł kiedyś w lesie”. Wyciągnął broń, bo chciał tylko nastraszyć swoich adwersarzy. Ta miała sama wypalić. Sz. zeznawał że był przekonany, że nikomu nic się nie stało a on pojechał w drugą stronę.

Na kolejnej rozprawie swoją wersję przedstawią koledzy Macieja Sz.