Dzięki dokumentacji do której udało się dotrzeć przedstawicielom Muzeum Historii Ziemi Kamieńskiej rozpoczynamy cykl artykułów dokumentujących kulisy poszukiwań zaginionego skarbca kamieńskiej katedry. Postaramy się zapoznać naszych Czytelników z nieznanymi dotychczas materiałami, faktami czy wywiadami przeprowadzanymi z żyjącymi oraz nieżyjącymi świadkami ewakuacji rodziny von Flemming z Benic. 

W przekazanych do Muzeum Historii Ziemi Kamieńskiej znajdował się wywiad przeprowadzony z panem Stefanem Kołoszukiem, który w 1942 roku przyjechał jako robotnik przymusowy do Benic. Wywiad przeprowadzony został 26 października 2002 roku, czyli już 67 lat po II wojnie światowej. Mamy świadomość, że pewne wydarzenia z tamtego okresu mogły się już zatrzeć, pomimo to, słowa pana Kołoszuka, jako naocznego świadka z tamtego czasu są dla nas niezwykle istotne, szczególnie ta część wywiadu w której wspomina o ewakuacji mieszkańców Benic i co dla nas najważniejsze opisu walk w okolic okolicach Parłówka, którego świadkiem był pan Kołoszuk.

W momencie przybycia do Benic pan Stefan miał 12 lat (urodzony 15 lipca 1930 roku w Glinnej, koło Drohiczyna, obecnie terytorium Białorusi). Wywiad został nagrany na taśmie magnetofonowej i w niezmienionej formie przepisany. Poniżej prezentujemy go w całej niezmienionej przez nas formie.

P: W jaki sposób Pan się do Benic dostał?
O: Niemcy zabierali, bo tam Panie gdzie ja mieszkał lasy, lasy, wioski w lasach, wioski duże byli i tam jak się partyzantka zawiązała to się utrzymywała i Niemiec nie dawał rady, to wywoził ludzi, którzy uciekali to strzelali, a którzy się trzymali, to przyjechali całe wioski transportem.

P: To wówczas i Pana wywieźli? Z rodziną wszystkich?
O: Z rodziną całą zabierali.

P: Jak Pana przywieźli do Niemiec, to od razu do Benic?
O: Nie. Tu był taki lagier w Stargardzie, gdzie piekarnia koło wąskich torów. Tam dopiero rozsyłali i nas wysłali do Kamienia Pomorskiego i z Kamienia, tam dużo było i z Kamienia Pomorskiego, tam przyjeżdżali i zabierali.

P: Bauerzy przyjeżdżali i zabierali?
O: Flemming to nie był taki bauer, tylko majątek miał.

P: Flemming sam przyjechał czy ktoś z majątku?
O: A gdzie tam Flemming sam przyjechał, feldmarszałek, toż to szyszka. Przyjechał jakiś polowy lub brygadzista.

P: Do Benic razem z Panem dużo Polaków i Białorusinów przyjechało?
O: Co z nami, to przeważnie z Białorusi, tam z tych wiosek co ja zagarnęli, w wagony, każdy się trzymał swego wagonu.

P: Jak przywieźli Pana do Benic, to gdzie Pan tam mieszkał?
O: Jak raz było hakanie buraków no i wszystkich zagarnęli, małych i dużych. No i ta Niemka z poczty, ona miała 7 ha ziemi do tego, potrzebowała i zabrała mnie tam.

P: To Pan pracował u tej Niemki z poczty?
O: Najsamprzód u Flemminga, to krótko, jak już przymrozki były to ona wzięła, krowy pasłem, takie gospodarstwo i listy rozwoziłem.

P: Czyli nie był Pan listonoszem, lecz pracował za tę Niemkę?
O: Ona to była gospodynią i pocztę trzymała w mieszkaniu.

P: Gdzie stało jej gospodarstwo?
O: Było oparte o stary cmentarz.

P: W Benicach był Pan od 1942 roku, jak Pan już mówił?
O: Tak coś będzie.

P: Czy poza Białorusinami byli tam jeszcze inni obcokrajowcy?
O: Pracował jeden spod Poznania , ale to był niewolnik z 1939 roku. I do pomocy była taka dziewczyna ze Szczecina, jak zaczęli bombardować to już na stałe była.

P: Niemka?
O: Niemka. Reszta do pomocy to był taki Arbaitsdienst, Niemki.

P: A Serbowie byli?
O: Byli tam ponoć 100 sztuk było. To oni tam za sklepem tam był ten Gasthoff, droga była prosto potem w pole, tam oni mieszkali.

P: Czy pamięta Pan jak się nazywała Pana gospodyni?
O: Wepner. Wołali Wepnerka, a jak faktycznie z literą to nie wiem. Jej mąż zginął na froncie w 1939 roku gdzieś tam prawdopodobnie koło Poznania.

P: Do dworu Pan raczej nie chodził?
O: Nie miałem po co, tylko co z listami, ale co dnia.P: Czy samego Flemminga Pan widywał?
O: I jego córkę.

P: Ile dzieci posiadał Flemming?
O: Jedną córkę, jak mi wiadomo, ona tylko jedna tam była. Plus zięć. Zięć, to może gdzieś w 1943 roku z nią się ożenił, mieli dziecko.

P: Żonę też Pan widział tego Flemminga?
O: Nie specjalnie.

P: Nie było jej w majątku?
O: Może gdzieś tam przebywała, ale jak tak to… do mnie wyłaził wychodzili po listy. Jak zapukałem do drzwi, mnie najsamprzód prowadzili, jak drzwi się otworzyły to oddawałem, ona mnie tam posegregowała, z początku to się myliłem. To otwierałem torbę, to swoje sami zabierali, a co chcieli na pocztę to mnie wkładali.

P: Tam w majątku pracował taki stangred, nazywał się Kuchta?
O: Kuchta to był Polak przedwojenny.

P: Widział go Pan?
O: Tak, w konie jeździł. Mieszkał w budynku pruskim, trochę od drogi dalej, właśnie tej poczty.

P: Na wsi mieszkał?
O: Na wsi, na wsi.

P: Koło poczty mieszkał?
O: Na drugiej stronie.

P: Miał tam rodzinę?
O: Tak, dzieci, ile dzieci to już nie pamiętam, żona była, on pracował w konie jeździł.

P: A te konie co ciągnęły?’
O: On przeważnie obrabiał w polu międzyrzędowe sprawy, kartofle, to już jego była robota.

P: W źródłach występuje jako powożący hrabiego?
O: Nie, nie, tam był inny, to nawet nie wiem jakie nazwisko.

P: To bryczką ktoś inny jeździł?
O: To taki starszy Niemiec jeździł.

P: Czy w Benicach byli jacyś własowcy?
O: Proszę Pana, być nie byli, ale jak już zbliżał się front to właśnie dużo rodzin poprzyjeżdżało tam ze wschodu i oni tutaj zamieszkiwali. Tam im robili mieszkania, Niemcy szykowali się, ich przyjmowali. W konie nawet takie kucyki, poprzyjeżdżali te rodziny.

P: Ale to byli Niemcy, czy Ukraińcy?
O: Ukraińcy potem wiem, że ci własowcy- z początku nie wiedziałem, skąd ja mogłem wiedzieć- przyjechali na pocztę, oni przyjeżdżali do rodzin i na pocztę przychodziło jakieś mięso, no żywność, to ichna porcja była, i oni przychodzili. Tyle że ja już trochę po niemiecku umiałem, ruski i ukraiński język to jeszcze ze szkoły znałem. To ja byłem dla nich za tłumacza. To ja dowiedziałem się że to własowcy. Oni mundury mieli takie jak Niemcy, pasy, bagnety, jak przychodzili na urlop to z bagnetem. Mundury były nie co ciemniejsze, takie więcej zielonkowate. To byli własowcy, starsi ludzie zaczęli tak gadać.

P: Czy znane jest Panu nazwisko Kołoszuk?
O: To ja jestem.( tego zdania nie dosłyszałem).

P: Czy to byli ci własowcy.
O: Nie, oni byli z Białorusi, z tej wioski co ja. To całe rodziny Kołoszuków wywieźli tutaj.

P: Wszystkie Kołoszuki z tej wioski pochodzili?
O: Tak, wszyscy pochodzili z Glinna.

P: Kiedy oni przyjechali?
O: To w jednych wagonach.

P: Ilu tych Kołoszuków było?
O: To będziemy liczyć: Stefan, Grzegorz to ojciec, Dorek ( Teodor) i Stefan.

P: To Pan jest Kołoszuk?
O: Stefan Kołoszuk syn Grzegorza. Dorka ojciec i matka to na Sybir, ojciec tam zginął , a matka jeszcze wróciła.

P: Dorek mieszkał naprzeciw cmentarza?
O: No tego nowszego tam gdzie sklep.

P: To teraz przejdźmy do 1945 roku jak już Niemcy zaczęli wiać. Pamięta Pan ten dzień w marcu 1945 roku?
O: Panie dla nich i dla nas to była wielka tajemnica. Zbudzili nas nad ranem, która godzina nie powiem. Gülzow już się palił. Dopiero kazał pakować się. No i bürgermeister, jak on się nazywał, on był leśniczym. Zapakowali nas Serbowie naprzód, tam Francuzi byli trochę.

P: To znaczy Serbowie i Francuzi pierwsi ruszyli?
O: Ich prowadzili tam było dwóch żołnierzy, takich rannych, co już wyzdrowieli, dawali ich pilnować. Ich prowadzili, później nas z tyłu, tak szli. Zatrzymali się tam, jak na szosę się wychodziło i tam sprawdzali, że wojsko ucieka. Jak ruszyli to nas Niemcy tak ścisnęli w bok, Niemcy uciekali na motorach, samochody do Kamienia Pomorskiego. Kawałek my poszli w kierunku Kamienia Pomorskiego i na lewo droga była, przez pole kawałek, i my doszli do jakiejś szosy tam. Co raz to było głośniej, tu stodoła się zapaliła w tych miejscowościach. Tam była stacja nieduża.

P: Wittstock czy Parlowkrug?
O: Parlowkrug.

P: I co tam się działo w tym Parlowkrug?
O: My zobaczyli pociąg, zdaje się przyszedł z Kamienia Pomorskiego, z wagonów lała się krew, wagony pociskami podziurawione. To była droga asfaltowa i zara niby taka łączka a w dole, tory wysoko usypane były, pociąg poszedł na Wolin. No i to było gdzieś koło 12stej lub dalej to zaczęli czołgami tą szosą co my ze Szczecina do Kamienia tam podjeżdżać. Tam byli laski. Tam parę pancerek, parę Niemców było, za wiele nie było.

P: Niemcy pancerki mieli?
O: Mieli, zara przy szosie stały, takie bajoro, tam kurcze mać nadchodzili, ale gdzie trochę to znowu jakaś kolumna Niemieckiego wojska, to zatrzymywali, na bok, na bok, i tam trzy rzędy wozów, traktorami, wołami kto jak mógł. Niemcy znaczy się. Przebić się nie mogli, jeszcze pamiętam to dzisiaj. Pruscy tymi czołgami jechali, z czerwonymi flagami. Normalnie człowiek, to nie daleko było, widać było. Niemcy strzelali do tych czołgów. Tam pancerki były na gumowych kołach, pełnych, działka nie duże mieli. W końcu na szosie zobaczyłem pierwszych zabitych. Wyszedł czołgiem a te zaczęli bić, ale tak wyszedł, że Niemcy trafili na pewno w niego, ale ciut niżej to w górkę w ziemię, chlastali pociski. Jak zasunął z tego czołgu to trafił, nie w nich, tam taki bruk był, tam dopiero pocisk pękł. Nabiło tych Niemców. Nasi to zaraz wjeli, padali za drzewa. Niemcy nie bronili się. Chowali się, tam swoje bogactwo trzymali, to jechali z dziećmi.

P: To dużo Niemców tam zginęło?
O: Tak, tych cywilów co tam jechali, uciekinierzy. No i ten czołg jak poprawił to te dwie pancerki- jak dziś pamiętam- jedna od drugiej tak ze cztery metry, takie krzaczki i pocisk pod jeden w ziemię, aż go lekko podniosło, jak zrobili zryw, nie mogli wyjechać, to marzec- mokro, to w rowie ryli się, ale pchali się na szosę, musieli cywile, te wozy na bok, bo one na szosę uciekały. No i przyszła noc, zmrok, Ruscy zaczęli co raz to lepiej posyłać. Pod górkę była jakaś żwirownia, gdzie uciekali wszyscy. Niemcy nie zatrzymywali nas. W tej żwirowni przenocowaliśmy. Czy to była żwirownia, czy coś innego, w każdym razie jakieś doły tam były. Jak się rozwidniało, to zimno jeszcze było, w jednym ubraniu. Wyjrzeli z lasu, patrzym, co kurde. Czołgi było słychać, do drogi niedaleko, te wozy łamały, do szosy niedaleko, zraz za tymi torami. Może od naszej grupy ze 30 metrów artyleria ruska okopali się. Kiedy się oni okopali, w takim lasku. To haubice były. Jak te ruskie zobaczyli nas , to oni stanęli dęba. Widocznie jakiś zwiad szedł, to piechota już musiała przejść, toż artyleria z tyłu. My nie wiedzieli gdzie iść. Wszędzie dymi się i pali. Posiadali i siedzim, patrzym się samochód za samochodem z amunicją. Idziemy bliżej z tego lasu. Podeszli my tam dopiero zobaczyli to wszystko. Te wozy konne poprzejeżdżane, połamane wszystko. Ranni Niemcy leżą, wojskowi byli i cywile, nikt się nimi nie interesował. Dzieci zbierali na samochody. Gdzie ich powieźli nie wiadomo. No i zainteresowali się nimi. Zabrali nas, pokierowali takimi drogami. Później w takim lesie, diabli wiedzą w którym lesie, nie w kierunku Benic, tylko w innym kierunku nas poprowadzili i tam nas zostawili. Co robić? Idziemy, niektórzy trochę się w drodze orientowali, zaszli do Benic.

P: Acha, na skróty?
O: Przez pola się szło. W Benicach przenocowaliśmy, tam parę ruskich czołgów stało, no i do domu trzeba jechać. Dojechali do Golczewa, kto zdolny i wysoki to do wojska zabierali. Wysoki byłem.

P: Pana też do wojska wzięli?
O: To nie wojsko było, szabrownicy. Trafiłem do artylerii poganiać Niemców żeby pociski nosili. Jak już Odre przeszli cofnęli nas aż do Nowogardu. W Nowogardzie dostałem się po dowództwo Tatara, umiał trochę po rusku i tak zbierali my krowy.

P: Czy wrócił Pan jeszcze kiedyś do Benic?
O: Nie.

P: Wróćmy jeszcze do dnia ewakuacji. Najpierw Niemcy prowadzili Serbów i Francuzów.
O: Francuzów było mało. Te co w konie robili jechali na tych wozach.

P: A samego Flemminga Pan widział?
O: Wtenczas już nie. Wcześniej, przed nadejściem frontu to był parę razy.

P: Czy widział Pan wozy majątku?
O: My szli między drzewami, bo kazali tak iść, a tu wozy na asfalcie po troszeczku podjeżdżali, podjeżdżali tam do tego mostu. My do mostu nie doszli.

P: Most został wysadzony?
O: Nie. Most ten zwodzony.

P: To Pan mówi o tym moście na Wolinie?
O: Pod Wolinem.

P: A wcześniej te małe mostki?
O: Nie. My do tego lasu doszli i było już ciemno, ja dalej już nie szedł. Ale byłem już niedaleko od tego zwodzonego mostu.

P: Czyli Pan już przeszedł ten wysadzony most.
O: To może być.

P: Chodził Pan na cmentarzyk Flemmingów na Bogenberge?
O: Nieraz jak niedziela była to za grzybami się poszło. To na tej górze. Nie chodził. Dla starszych to za zezwoleniem, musiał ktoś wiedzieć z brygadzistów, że chciał tam pójść na drugą wioskę. Bo z jednej wioski to nie wzięli do jednej wioski,do drugich trafili.

P: Czy był Pan w folwarku Pemplow?
O: Pemplow, to tam owczarnia była. Tam był starszy Niemiec i te żabojady nazywali ,Włosi. Baby i parę chłopów. Tam dużo dziewcząt było i to młode takie, do roboty. To był majątek i jedno mieszkanie, dość długie takie z czerwonej cegły.

P: Czy do kościoła, jednego lub drugiego Pan chodził?
O: Niemcy nie zezwalali. Ja chodziłem do tego czerwonego, bo tam tylko jeden, a ten stary nie był. Do tego czerwonego chodziłem sprzątać. To było tak w soboty na wieczór, jak trochę się obrobili,a nie to rano szlo się zamiatać, okna, były takie wysokie szczotki, pajęczyny zbierać.

P: Czy słyszał Pan o przewożeniu do Benic skarbca katedry?
O: Może i tam jakie skrzynie i stały (w kościele).

(GŁOS): Na a ten Skarb co wywoził?
O: Niemka nauczyła mnie krowy doić. W majątku, gdzie obora, była taka rampa. Tam się woziło tam się woziło bańki wszystkich gospodarzy. Z Benic i Śniatowa, do Kamienia on zabierał dwie przyczepy, ciągnął Buldogiem. Cały czas do końca ja go widywałem. On brał te przyczepy różnego kalibru i woził, gdzie on to woził, dalej czy co, to trudno powiedzieć, on wywoził. Później biedny zginął, w Benicach w tej bramie. Ruscy go zabili, tam było ich trzech zabitych. Prawdopodobnie to tam niektórzy wrócili wcześniej, tam parę czołgów było- tak koło poczty, tu na majątku stali. Prawdopodobnie tam działo stało, a oni w nocy szli i to działo wystrzeliło. Był tam taki płot z kamienia ciosanego, od pałacu, to tam leżeli. On zginął.

P: Czy widział Pan Kostkę podczas ewakuacji?
O: Widziałem jak nas już na szosę wyprowadzili to jeszcze Buldogiem ciągnął takie dwie przyczepy.

P: Czy wówczas Pan z nim rozmawiał?
O: Nie. To właśnie ja w gazecie czytałem, że jakiś jeden, ale to prawdopodobnie jakiś Serb. Jak on miał pozwolenie, to broń Boże było podejść do tego Kostki. Niemcy to wojskowe, to w ręce było już tak oddane od tego Flemminga, że on miał prawo jeździć w te i nazad, a tak kto by się próbował cofnąć metr to kula w łeb. Kto to pisał w gazecie to ja powiedziałem do swoich to głupota.

P: Przed którą bramą został Kostka zabity?
O:Tu jak się jechało od szosy do majątku, tam taka z cegły była. Szosa teraz jest przez park, a kiedyś przez majątek bruk był.

P: Który z Kołoszuków został w Benicach, Dorek?
O: Dorek później wyjechał do Dobrzynia nad Wisłą. Zmarł w Dobrzyniu. Stefan mój wujek wziął gospodarkę w Chominie. On tam zmarł, a synowie jego to jeden w Kamieniu burmistrzem był.

P: Kiedy Pan się dokładnie urodził?
O: 15 lipca 1930r. W Glinnej, powiat Drohiczyn, w pobliżu Wołkowyska.

P: Gdzie mieszkał Pan po wojnie?
O: Jakiś czas w Chlebówku, wojsko polskie nas wzięło, chodzili niby ochraniali te majątki, ciężka sprawa, Ruskie stali w Chlebowie, w jednej i drugiej Dąbrowie,Łęczycy, Łęczyna, tam było lotnisko, warty mieli swoje porozstawiane. Później przytulili się do PGR-u.

P: Jak się nazywa ta osada?
O: Dawniej Kolonia Chociwel, obecnie Chociwelek 5. Spławie to tam dalej, ta jedna zagroda.

P: Czy zna Pan innych ludzi, którzy podczas wojny przebywali Benicach?
O: Mój brat jeszcze jest, młodszy i starszy. Starszy brat Aleksander mieszka w Małkocinie koło szkoły, młodszy Michał w Rokicie, dawniej tam PGR był. Starszy brat pracował u gospodarza w Klaushagen.

P: Czy w Benicach było jakieś wojsko podczas wojny?
O: Tylko te co Serbów pilnowali. Tam noc i dzień, jak przestał kuleć to przysyłali następnych.

P: Gdzie mieszkali Serbowie, czy to był obóz?
O: To był jakby teatr, jak te trzy drogi się rozchodzi,to zaraz na lewo, murowany wysoki, tam sklepienie było. Dorek mieszkał w budynku gdzie był sklep, naprzeciwko starego cmentarza. Poczta, gdzie ja mieszkałem, była przytulona do muru starego cmentarza, od strony północnej.

P: Czy chodził Pan tą ścieżką od nowego kościoła do pałacu?
O: Tam sad był, taki ogród, mur był taki tam nie wolno było. Do pałacu to wejście z tyłu takie dość szerokie.

P: Czy widział Pan tzw. lodownię, Eiskeller?
O: Aha, to to było wykopane, cieli bryły lodu, takie tafle, tam je przechowywał. Ja tam blisko nie byłem, ale to było takie wykopalisko i tam zanosili i potem zasypywali.

P: Czy był Pan w Śniatowie?
O: To już nie był mój rejon. Pod koniec to już mi torbę zamykali na klucz. Na sam przód to ona potasowała, numerki domów na listach, na gazetach, otworzył torbę Niemcy swoje wzięli, później to koniec. Oni mieli kluczyki, otworzył taką zasuwkę, co jego to zabierał. Tak więcej z rok czasu to radia im pozabierali, ale ta na poczcie to miała radio.

P: Wracając do Flemminga, jak go Pan poprzednio nazwał, jak go Pan tytułował?
O: On był feldmarszałek Flemming. To Niemcy powiedzieli. Już wiem, nazwali go marszałkiem ziemskim, tak go Niemcy nazwali. Niemcy jego tak nazwali, tak my i jego nazwali.

P: A sam Flemming też już miał swoje lata?
O: A na pewno.

P: Ile go Pan razy widział?
O: O, Panie, nieraz tak jak jeszcze był tutaj spokój, mniej bombardowali – to tygodniami był. A ja co dnia jeździłem.

P: Ale nigdy z nim Pan nie rozmawiał?
O: Nieraz się ośmiał, taki był przyjemny człowiek. Nieraz powiedział – jak „Guten Tag” – on Dzień dobry.

P: To znał Polski?
O:Czy tylko „Dzień dobry”, czy co. Słyszeli my jak Jugosłowianie, Francuzi,i Ruskie i Polskie i te Białorusini, jak te buraki hakali, to na koniu takim kasztanka, jechał na poprzek sobie, wiedział jakiej narodowości, bo to każdy tą literę albo Kriegsgefangen do każdego mówił „ Dzień dobry” w ich języku tak trochę ze śmiechem.