W Łukowie tuż przed przyjazdem do Kamienia w 1947 r. z rodzicami i bracmi

W ubiegły czwartek uroczyście obchodziliśmy siedemdziesiątą rocznicę zdobycia naszego miasta. Przed nami kolejna rocznica, która przypadać będzie 23 maja. Tegoż dnia w 1945 r. do Kamienia Pomorskiego przybyła grupa operacyjna, kierowana przez Pełnomocnika Rządu na Obwód Kamień i pierwszego polskiego starostę kamieńskiego Władysława Jasińskiego, organizująca polską administrację na Ziemi Kamieńskiej.

Dziś niezmiernie ważne staje się zebranie relacji świadków historii, pionierów naszego miasta, którzy pamiętają trudną rzeczywistość drugiej połowy lat czterdziestych XX w. bardzo często spoglądających na tamten Kamień oczami dziecka. Pokolenie aktywnie zaangażowane w budowanie zrębów polskości w Kamieniu 1945 roku, rówieśnicy starosty Władysława Jasińskiego, niestety już odeszło. Często nie udało się do dotrzeć do jego przedstawicieli. Może nie do końca traktowaliśmy ten okres jako historyczny, może była to przeszłość zbyt bliska? Znaczącym jest fakt, iż sylwetki burmistrzów naszego miasta czy starostów powiatu kamieńskiego jak również trudną powojenną rzeczywistość poznajemy niemal od nowa. W 2010 r. nasze Muzeum, wchodząc w drugi rok swej działalności, przygotowało wystawę „Zrujnowane miasto. Kamień Pomorski 1945-1966”. Z zapomnienia udało się wówczas wydobyć po latach ważne dla współczesnego Kamienia postaci – starosty Jasińskiego czy pierwszego polskiego burmistrza Stanisława Kuczkowskiego.

Poniżej prezentujemy pierwszą część wspomnień Pana Jerzego Bogdanowicza, dobrze znanego mieszkańcom naszego miasta emerytowanego nauczyciela wychowania fizycznego kamieńskich szkół, zasłużonego działacza kultury fizycznej Ziemi Kamieńskiej oraz przyjaciela i darczyńcy naszego Muzeum, który przybył do Kamienia, wraz z rodzicami i rodzeństwem, jako dwunastoletni chłopiec 15 listopada 1947 r. – Muzeum Historii Ziemi Kamieńskiej.

Ostatnie dni szczęśliwego dzieciństwa. Moje zdjęcie z lata 1939 r.

Urodziłem się w poniedziałek 16 września 1935 r. w Łukowie, w województwie lubelskim, jako trzeci syn Antoniego Bogdanowicza i Apolonii z domu Wasak. Rodzice posiadali niewielkie gospodarstwo rolne. Ojciec prowadził oprócz tego własną firmę „Hurtowy Skup Zboża”. Przed wojną zakupił nawet na raty samochód ciężarowy włoskiej firmy „Fiat”.

Pod koniec sierpnia pamiętnego roku 1939 r. ojciec, w ramach powszechnej mobilizacji, został skierowany do 5. Pułku Lotniczego w Porubanku koło Wilna. Zakupiony wcześniej samochód, o którym wyżej pisałem został zarekwirowany na potrzeby wojska. Nie zwolniło to nas jednak z konieczności opłacania kolejnych rat za ten pojazd. Całą wojnę musieliśmy sobie radzić bez ojca. Mama, głównie z pomocą moich starszych braci, prowadziła gospodarstwo rolne oraz zajmowała się handlem. Ojciec podczas ucieczki z internowania z obozu jenieckiego na Litwie został aresztowany przez Rosjan i pod zarzutem szpiegostwa skazany na sześć lat pracy w syberyjskim łagrze.

Po zawarciu układu Sikorski-Majski ojciec został zwolniony z łagru i pod koniec sierpnia 1941 r., jako jeden z pierwszych wstąpił do tworzonej przez gen. Władysława Andersa Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR. Później po ewakuacji ze Związku Radzieckiego do Anglii ojciec służył w lotnictwie jako mechanik i pilot myśliwca.

Ja wraz z mamą i braćmi przeżyliśmy wojnę w rodzinnym Łukowie. Pamiętam, iż w lipcu 1944 r. miasto znacznie ucierpiało w wyniku działań wojennych. Spłonął wówczas także nasz dom, zabudowania gospodarcze oraz zwierzęta znajdujące się w gospodarstwie. Przez trzy kolejne lata wynajmowaliśmy niewielki pokój-kuchnię. Mama zajmowała się wówczas handlem. Po zakończeniu wojny wyjeżdżała nawet kilkakrotnie na Ziemie Odzyskane, do Wrocławia, gdzie kupowała od Niemców różne rzeczy, przeważnie odzież, którą sprzedawała później na targu w Łukowie. To pozwalało nam przetrwać w trudnej tużpowojennej rzeczywistości.

Ojciec powrócił do Polski z w wojennej tułaczki statkiem z Anglii w sierpniu 1947 r. Na jego spotkanie mama pojechała do Gdyni z moim najstarszym bratem Stefanem. Nazajutrz wszyscy przybyli do Łukowa. Wreszcie ojciec był z nami. Kiedy w sierpniu 1939 r. został zmobilizowany miałem cztery lata. Po jego powrocie byłem już dwunastolatkiem. Przez ten ważny okres w życiu wojna zabrała mi ojca co jak dziś oceniam miało niemały wpływ na moje dalsze życie. Na szczęście po wojnie go odzyskałem. Po powrocie ojca do Łukowa byliśmy pozbawieni środków do życia. W tej sytuacji poważnie rozważał wyjazd na nowe Ziemie Odzyskane. Ostateczną decyzję podjął po rozmowie ze znajomym, który poradził mu wyjazd z Łukowa tak by jako były żołnierz Armii Andersa i syn antysowiecko nastawionego posła na Sejm Drugiej Rzeczpospolitej nie rzucał się w oczy nowej tzw. władzy ludowej.

Do przyjazdu do Kamienia namówili ojca dwaj koledzy od Andersa – Antoni Tomaszewski i Antoni Toczek, z którymi wrócił do Polski. Ich żony, po tzw. repatriacji z Kresów Wschodnich osiedliły się już w Kamieniu, a oni jechali do swych rodzin.

Najpierw we wrześniu 1947 r. ojciec sam przyjechał do naszego miasta. Załatwił sobie pracę i dostał skierowanie na mieszkanie. Według posiadanego przez mnie dokumentu wystawionego przez Państwowy Urząd Repatriacyjny przyjechałem do Kamienia z mamą i braćmi 15 listopada 1947 r. Kilka dni wcześniej ojciec przyjechał do miasta z dwoma swymi kuzynami wagonem towarowym, w którym przywieźli kilka krów, siano, słomę, ziemniaki, trochę mebli oraz rzeczy, które ojciec przywiózł z Anglii. Po sprzedaży krów jeden z kuzynów wrócił do Łukowa, drugi zaś do czasu powołania do wojska pracował na kamieńskiej poczcie.

15 listopada dotarliśmy koleją do Kamienia po wielogodzinnej podróży w zapchanych ludźmi pociągach z przesiadkami w Warszawie, Szczecinie i Wysokiej Kamieńskiej. Pamiętam, ze pociąg z Dąbia do Szczecina i drodze powrotnej jechał bardzo wolno przez most na Odrze. Most trzeszczał, a pociąg kołysał się. Baliśmy się czy uda się nam przez niego przejechać. Do Kamienia dotarliśmy nocą. Przenocowaliśmy u jakichś ludzi mieszkających przy dzisiejszej ulicy Dziwnowskiej. Następnego dnia ojciec zaprowadził nas do naszego mieszkania, a później na obiad do restauracji „Polonia” znajdującej się z zrujnowanym dziś niestety budynku przy ulicy Szczecińskiej. Restauracja była na piętrze, a wchodziło się do niej po szerokich, trzeszczących drewnianych schodach. Na parterze tego budynku był hotel. Obiad ten pamiętam do dziś. Był to pierwszy posiłek zjedzony przeze mnie w restauracji, na stole z białym obrusem podany przez kelnera.

Tak oto znalazłem się Kamieniu. Moi bracia, którzy uczyli się – Stefan w Szkole Żeglugi Śródlądowej w Warszawie, i Marian w Technikum Mechanicznym w Bobrku na Śląsku – przyjechali do nas dopiero na Święta Bożego Narodzenia. Wtedy znowu całą rodziną byliśmy razem w naszym nowym domu, którym stał się dla nas Kamień Pomorski.

Jerzy Bogdanowicz