Opłata paliwowa to tylko jeden z planowanych przez rząd dodatkowych parapodatków. Wszystkie obciążą kieszenie konsumentów. W Sejmie leży już projekt ustawy o niewinnie brzmiącym tytule „o rynku mocy”. I choć w większości poświęcony jest on rzeczywiście tej tematyce, przewiduje także wprowadzenie tzw. opłaty mocowej. Można też ją nazwać opłatą energetyczną, bo ma ją płacić każdy – i gospodarstwa domowe, i firmy korzystające z energii elektrycznej.

W projekcie nie ma kalkulacji, ile dokładnie taka jednostkowa opłata miałaby wynosić. Wyliczono jednak koszty rynku mocy na ok. 3,8 mld zł rocznie, więc na takie wpływy do kas spółek energetycznych liczy prawdopodobnie Ministerstwo Energii. I dodaje, że dodatkowe pieniądze są potrzebne, by sfinansować inwestycje konieczne dla utrzymania na bezpiecznym poziomie dostaw energii.

Podobne uzasadnienie mają też inne pomysły PiS – chodzi o swego rodzaju składki na dany, konkretny cel. W ramach prawa wodnego wprowadzona ma zostać opłata za korzystanie z wody dla niektórych podmiotów gospodarczych. Całość wpływów, czyli ok. 2,6 mld zł rocznie, ma być przeznaczona na niezbędne inwestycje w gospodarce wodnej (np. zabezpieczenie przeciwpowodziowe).

Podwyżka opłaty paliwowej o 20 groszy na litrze, co ma przynieść ok. 5 mld zł rocznie, to odpowiedź na rosnące potrzeby w zakresie inwestycji drogowych. Co ciekawe, ten projekt jest szczególnie bliski posłom PiS, bo trafił na szybką ścieżkę legislacyjną – tego samego dnia, gdy odbyło się pierwsze głosowanie, trafił on do komisji sejmowych, a już w przyszły czwartek może odbyć się ostateczne głosowanie.

Nowy abonament telewizyjny, też nie wiadomo jakiej wysokości, również ma być przeznaczony na konkretny cel: wsparcie mediów publicznych. Ministerstwo Kultury chce, by jego łączna kwota nie przekroczyła 3 mld zł. Z kolei opłata recyklingowa (nawet 1 zł za reklamówkę w sklepie) ma zasilać specjalny fundusz utylizacji. W sumie nowe pomysł parapodatkowe PiS mogą nas kosztować ok. 13 mld zł rocznie. Ale to nie koniec nowych obciążeń, bo rząd PiS planuje też nowe podatki, a te już obowiązujące rosną po cichu. W planach jest np. podatek od wartości galerii handlowych i biurowców. Do tego trzeba jeszcze doliczyć wcześniej wprowadzony podatek bankowy (ok. 3,9 mld zł rocznie), zamrożenie skali podatkowej (ok. 2,4 mld zł rocznie) czy brak obniżki VAT (ok. 6 mld zł rocznie).Jak szacują eksperci, razem daje to wzrost obciążeń na rzecz państwa o ok. 25 mld zł rocznie, choć PiS w kampanii wyborczej obiecał nie podnosić podatków. W przeliczeniu na jednego Polaka daje to ok. 660 zł rocznie.

źródło:
Rzeczpospolita