1

Pięćdziesiąt kilometrów! W nocy! Przez las?! Zwariowałeś… Powiedziałem do Łukasza Jakubowskiego kiedy pod koniec 2015 roku zaproponował mi udział w „Festiwalu Włóczykij Trip Extreme 2016” na krótkim dystansie 50 km… Jest jeszcze 100 km !? Na dodatek jest to bieg na orientację, czyli nie po wyznaczonej przez organizatora trasie, cała zabawa polega na odszukaniu kilkunastu punktów oznaczonych na mapie topograficznej.

Jednak ciekawość rzecz ludzka, więc się skusiłem. Miało być to dla mnie nowe doświadczenie, przyzwyczajony do biegów ulicznych, po wyznaczonej trasie, nie bardzo wyobrażałem sobie biegania z mapą po lesie w nocy.

W sobotę zapakowaliśmy się w auto i jako reprezentanci Klubu Biegacza Kamień Pomorski stawiliśmy się na odprawie WTE 2016 o godzinie 16.30 w Gryfinie. Po kilku słowach natury organizacyjnej zostaliśmy zapakowani w autokary (na starcie było ponoć około 300 osób) i wywiezieni do „jakiejś miejscowości”, gdzie organizatorzy rozdali nam mapy, a po kilku minutach wykrzyczeli „można !!”

No i się zaczęło. Było jeszcze jasno, około godziny 17.00. Na początku trzymaliśmy się czoła stawki i szybko zaliczyliśmy pierwsze punkty kontrolne. Około 18 byliśmy już sami, a w lesie zapadał mrok. Latarki czołowe na głowę i dalej. Pierwszy punkt „po ciemku” poszedł nam całkiem sprawnie, do następnego był spory odcinek, więc czekał Nas dłuższy przelot. Niestety tu popełniliśmy pierwszy błąd (wiem to po późniejszej analizie mapy) nie zauważyliśmy przepustu i obiegliśmy jeziorko nie tak jak trzeba wydłużając sobie znacznie drogę. Później dwa kilometry szlakiem kolejowym, nie należały do przyjemnych. Pobłądziliśmy, nie mogliśmy zlokalizować kolejnego punkt, ale w końcu udało się, zmarnowaliśmy masę czasu. Udało się jednak wrócić na zaplanowany azymut i kolejne dwa punkty poszły sprawnie.

Dotarliśmy do Pit Stopu, to takie miejsce w środku trasy gdzie można coś zjeść i odpocząć, czas w tym miejscu jest zatrzymywany, jednak można spędzić tam nie więcej niż godzinę. Zjedliśmy po kilka naleśników z czekoladą i po jakiś 20 minutach ruszyliśmy dalej.

Kolejny punkt przysporzył nam nieco kłopotu „Widły” tak go nazwano był ukryty w  „delcie” dwóch rzeczek, co sprawiało, że otoczony był podmokłym, ciężkim do przebycia suchą stopą terenem. Ale w końcu go capnęliśmy. Największy kłopot mieliśmy z kolejnym punktem, nie mogliśmy go znaleźć ponad pół godziny, może nawet godzinę, pomimo faktu, iż miejsce zlokalizowaliśmy dobrze. W kwestii wyjaśnienia punkty to tabliczki odblaskowe, wielkości kartki z bloku przymocowane do drzewa, zazwyczaj dokładnie z drugiej strony niż spodziewane przyjście zawodników. Tak, że często krążyliśmy wokół nie mogąc namierzyć odpowiedniego drzewa.

Dalej czekało Nas kilka dłuższych przelotów, ale nawigowaliśmy sprawnie, poruszając się drogami utwardzonymi między wioskami. Spory kłopot sprawił Nam również ostatni punkt o uroczej nazwie „Małpi gaj”. Była to podmokła kępa drzew pół kilometra od asfaltu przed samym Gryfinem.

Zebrała się tam spora liczba liczba zawodników, ale w końcu się udało. Pomimo faktu, iż ostatnie kilkanaście kilometrów szliśmy, nie było już mocy na bieg, to po ostatnim punkcie dostaliśmy energii z kosmosu i zaczęliśmy podbiegać, w końcu do mety został jakiś kilometr, może dwa. Końcówka zamieniła się w regularny finisz. Dobiegliśmy do bazy około 3 nad ranem, po 57 kilometrach i jakiś 10h w trasie. Zjedliśmy całkiem niezły ryż z warzywami, zakąsiliśmy pączkiem i ruszyliśmy do auta. W domu byliśmy przed 6 rano.

Reasumując, dla Łukasza nie była to pierwszyzna, na koncie ma wiele dłuższych i trudniejszych imprez, dla mnie było to coś nowego, do tej pory najdłuższym dystansem był maraton, co prawda pokonany już kilka razy, ale zawsze to 42 z haczykiem a nie 57 km. Była to fajna przygoda i na pewno nie ostatnia.

Ostatecznie z powodu kilku błędów nawigacyjnych, oraz kłopotu z odszukaniem punktów, zajęliśmy z Łukaszem 77 miejsce z czasem 9:53. W zawodach wystartowało 286 osób, ostatnia ekipa została sklasyfikowana na 177 miejscu. Z kolei ekipa z kompletem wszystkich punktów na mecie stawiła się po 13 godzinach, pierwsza potrzebowała na to 5:35, 26 osób wycofało się z rywalizacji.

Chciałem tu nadmienić, iż jest to bardzo fajna, przyjazna impreza dla każdego, choć brzmi to może dziwnie, jednak wiele osób startujących nastawionych było na marsz i nie było mowy o jakimś biegu. Wiec jeżeli jesteś zaprawionym piechurem i lubisz wyzwania jest to impreza dla Ciebie.

źródło:
Kamieński Klub Biegacza