Załatwianie swoich prywatnych spraw w godzinach pracy może drogo kosztować. Czy jednak można pozwolić sobie na odrobinę prywaty i wyjść z urzędu w czasie przerwy? Sprawę badał Sąd Najwyższy. Inspektor jednego z urzędów marszałkowskich został zwolniony po tym jak wyszło na jaw, że w godzinach pracy można go zastać… u lekarza, w banku, czy w sklepie.

Sprawa dotyczy inspektora jednego z urzędów marszałkowskich, który wybrał się na godzinę 9 do lekarza. Wcześniej powiadomił o tym swojego bezpośredniego przełożonego. Wizyta wraz z oczekiwaniem w kolejce trwała do godziny 9, ale z powodu utrudnień dotarł do pracy dopiero ok. godziny 10.25. Miał pecha, bo w międzyczasie kilkakrotnie poszukiwał go zastępca dyrektora departamentu. I to właśnie on – mimo że nieobecność była wcześniej sygnalizowana – wystąpił do bezpośredniego przełożonego pracownika o przeprowadzenie jego oceny okresowej i wystawienie mu oceny negatywnej za nieprzestrzeganie regulaminu pracy. Tak też się stało. Ukarany pracownik odwołał się do marszałka województwa, opisując całe zajście, a także twierdząc, że nigdy wcześniej nie został ukarany jakąkolwiek karą regulaminową i nigdy samowolnie i w sposób nieuprawniony nie opuścił stanowiska pracy. Odwołanie to nie zostało jednak uwzględnione.

Kilka miesięcy później – we wrześniu 2013 roku – ten sam pracownik opuścił urząd udając się do banku i do sklepu. Nie odnotował tego w ewidencji wyjść z pracy w godzinach służbowych. Znowu miał pecha, bo wracając do urzędu spotkał… zastępcę swojego departamentu. Ten upomniał go ustnie, a kilka dni później wystąpił do marszałka o ukaranie pracownika naganą, co też faktycznie nastąpiło. Ukarany odwołała się do Wydziału Pracy i Ubezpieczeń Społecznych najpierw Sądu Rejonowego, a później Okręgowego, lecz w obu przypadkach sądy odrzuciły jego wniosek. Zwieńczeniem sprawy była druga negatywna ocena, jaką pracownik otrzymał, a jej konsekwencją wypowiedzenie z nim umowy o pracę.

W tym momencie rozpoczyna się druga część historii, czyli kilkuletnia batalia zwolnionego pracownika o uznanie, że oceny jego pracy nie były rzetelne, bądź nie pochodziły od bezpośredniego przełożonego. Co do oceny tych zarzutów sądy I i II instancji różniły się w ocenie (ten pierwszy uznał racje pracownika, ten drugi pracodawcy) stąd też sprawa ostatecznie trafiła do Sądu Najwyższego, który wydał wyrok odrzucając skargę kasacyjną pracownika uznając, że nie ma ona usprawiedliwionych podstaw. Wykazał, że zastępca dyrektora departamentu (jako przełożony bezpośredniego przełożonego tego pracownika) mógł zlecić dokonanie ocen przestrzegania przez powoda porządku pracy w każdym terminie w uzasadnionym przypadku.