Moja drużyna. Siedzę w dolnym rzędzie, pierwszy od lewej strony

Moja drużyna. Siedzę w dolnym rzędzie, pierwszy od lewej strony

Dziś zapraszamy do lektury kolejnej części wspomnień emerytowanego nauczyciela wychowania fizycznego kamieńskich szkół Pana Jerzego Bogdanowicza – Muzeum Historii Ziemi Kamieńskiej.

W 1948 r. gdy byłem uczniem siódmej klasy zostałem przyjęty do istniejącej od dwóch lat kamieńskiej I Drużyny Harcerskiej im. Tadeusza Kościuszki. Moim drużynowym był starszy ode mnie o trzy lata uczeń gimnazjum Jerzy Fenikowski. Przyrzeczenie harcerskie wraz z kilkoma kolegami złożyłem przy ognisku w lasku na Wyspie Chrząszczewskiej. Na Wyspę dostaliśmy się promem. Nie było wtedy mostu, który został wysadzony przez Niemców w 1945 r.

Moja drużyna miała charakter drużyny wodnej. Na przystani mieliśmy szalupę żaglową na osiem wioseł i z dwoma masztami o nazwie „Zawisza Czarny”. Z tajnikami żeglarstwa zapoznawał nas komendant kamieńskiego hufca Związku Harcerstwa Polskiego druh Stefan Kuszyński. Na zbiórkach poznawaliśmy żeglarską terminologię wyposażenia szalupy, nazwy linek, podstawowe komendy żeglarskie i wioślarskie. Uczyliśmy się, najpierw na przystani, a później na Zalewie, wiosłowania i stawiania żagli. Raz nawet popłynęliśmy do Międzywodzia i chyba dwa razy do Dziwnowa. Do dziś pamiętam jedną naszą niebezpieczną żeglarską wyprawę. Pewnego dnia pod komendą druha Kuszyńskiego wypłynęliśmy na Zalew. Wiał nie za silny wiatr i woda była spokojna. Kiedy byliśmy już daleko od brzegu i mieliśmy stawiać fokżagiel nagle pogoda się zmieniła i wzbudził się silny porywisty wiatr. W mgnieniu oka zaczęły tworzyć się coraz większe fale powodujące gwałtowne kołysanie się szalupy. Zwinęliśmy żagiel i na wiosłach, mocując się z falami z trudem dopłynęliśmy do przystani.

Jeden z kolegów Cezary Rojek miał nawet własną żaglówkę tzw. jolkę. Czarek lubił pływać z dużym przechyłem, a przy brzegu blisko molo popisywać się nagłymi zwrotami.

Pisząc o żeglarstwie dodam, że wiem, iż w naszym mieście mieszkała w latach 1945-1946 Danuta Kobylińska, uczennica kamieńskiego gimnazjum, zwana „Żabą” (od pływackiej „żabki”, którą świetnie opanowała). Pod okiem Stefana Kuszyńskiego uczyła się żeglowania i na naszym Zalewie zaraziła się miłością do morza. W późniejszych latach, jako pierwsza w Polsce kobieta, ukończyła Wyższą Szkołę Morską, a następnie uzyskała tytuł kapitana żeglugi wielkiej i przez przeszło czterdzieści lat pływała jako kapitan statków.

Na lądzie, podczas zbiórek, nasza drużyna wiele czasu poświęcała na musztrę i różne zajęcia harcerskie. Zapamiętałem, że 1 maja 1948 r. braliśmy udział w pochodzie. Krokiem defiladowym, jak wojsko, maszerowaliśmy przed trybuną honorową.

Szczególnie utkwiła mi w pamięci wyprawa naszego zastępu do Dziwnówka. Wtedy bowiem pierwszy raz zobaczyłem morze. Na tle szarego nieba bez słońca ujrzałem ogrom wody aż po horyzont. Morze było spokojne, bez wielkich fal, tylko z niewielkimi falkami płynącymi na plażę. Byłem ciekaw jak smakuje woda morska i ją spróbowałem. Była zimna i miała słono-gorzki smak. Widok morza nie pozostawił na mnie takiego wrażenia jak chwila gdy pierwszy raz ujrzałem wzburzony Zalew Kamieński.

Dziwnówek nie przypominał wtedy tej miejscowości, którą znamy dziś. Nie było w nim tyle budynków. Domy nie były zniszczone, ale wtedy chyba nikt tam nie mieszkał, bo nie spotkaliśmy tam ani jednego człowieka. Przed powrotem do Kamienia na łączce, rozpaliliśmy ognisko, zjedliśmy kanapki i wybraliśmy się w drogę powrotną. Ruch na szosie był bardzo mały. Prawie nie jeździły żadne pojazdy. Podczas naszego marszu przejechało nie więcej niż osiem samochodów. Mijane po drodze Wrzosowo zamieszkane było przez rolników. Przy szosie między Wrzosowem a Osiedlem Chopina rosły szpalery drzew owocowych, przeważnie czereśni i jabłoni.

Jako harcerze braliśmy też udział w zawodach sportowych. W czerwcu 1948 r. w całym kraju, także w Kamieniu, odbyły się Narodowe Biegi Przełajowe. W zawodach tych starowała też i nasza drużyna. W mojej kategorii wiekowej wystartowało ponad dwudziestu chłopców. Pamiętam, że do mety dobiegłem mocno zmęczony w drugiej połówce biegaczy. Były to pierwsze moje zawody w życiu! W starszej kategorii wiekowej pierwsze miejsce zajął mój drużynowy Jerzy Fenikowski.

Graliśmy też w piłkę nożną. Pewnej niedzieli nasza drużyna przed meczem kamieńskiego „Gryfa” rozegrała spotkanie z drużyną młodzieżowej organizacji „Wici”. Koledzy postawili mnie na bramce. Niestety wpuściłem kilka goli i przegraliśmy mecz, który był pierwszym w moim życiu.

W czasie wakacji w 1948 r. kamieńska Komenda Hufca ZHP zorganizowała dla naszej drużyny obóz, na który z całym wyposażeniem pojechaliśmy samochodem ciężarowym. Obóz rozbiliśmy w lesie nad jeziorkiem między Dziwnowem a Międzywodziem, mniej więcej w połowie drogi od jednostki wojskowej. W lesie, tuż przy drodze był mały niezamieszkały budynek (może leśniczówka), a przy nim znajdowała się studnia, z której czerpaliśmy wodę do gotowania. Na obozie były dwa zastępy i kadra, razem około dwudziestu osób. Komendantem był druh Kuszyński. Każdy z zastępów miał swój namiot, w którym z żerdzi zbudowaliśmy prycze do spania, którą wyścieliliśmy gałązkami i mchem. Zrobiliśmy sobie też stół – ławę i pieńki do siedzenia. Wejścia do namiotów ozdobiliśmy harcerskimi emblematami – lilijką i krzyżem – zrobionymi z kamyczków, muszelek i szyszek. Na środku obozu znajdował się wkopany w ziemię maszt, na który podczas porannych apelów wciągana była polska flaga, którą opuszczano podczas wieczornych apeli. Posiłki, na zbudowanej przez nas ceglanej kuchni, gotował kucharz, którym był jeden ze starszych kolegów. Na śniadania i kolacje jedliśmy chleb ze smalcem lub marmoladą popijany kawą zbożową. Na obiad była jakaś zawiesista zupa lub ziemniaki, albo kasza z gulaszem z konserwy.

W ciągu dnia mieliśmy różne zajęcia i pełniliśmy służby – w kuchni, zbieranie opału, zaopatrzenie w żywność i wodę. Myliśmy się w jeziorku, w nim też szorowaliśmy garnki kuchenne. W ciągu dnia służbowym obozu był jeden z kolegów. W nocy natomiast przy fladze i pilnowaniu obozu służbę pełnił kolega.

Zapamiętałem swoją nocną wartę na tym obozie. Z laską, latarką w ręku i z gwizdkiem na szyi siedziałem pod drzewem naprzeciw masztu owinięty szczelnie w koc, aby chronić się przed chmarą tnących niemiłosiernie komarów. Ze strachem nasłuchiwałem, czy ktoś nie skrada się do obozu żeby zabrać flagę. W niedzielę byliśmy na mszy świętej w Międzywodziu. Następnej nocy komendant zrobił nam nocny alarm. Poszliśmy w ciszy do Międzywodzia aby zdobyć sztandar drużyny harcerek, które miały swój obóz w jednym z pensjonatów. Z jego zdobyciem nie mieliśmy żadnych kłopotów, bowiem dziewczyny nie pełniły nocnej warty. Radośni wróciliśmy do obozu ze śpiewem na cały las.

Na polance obok naszego obozu stało kilka wraków niemieckich samolotów myśliwskich. Wsiadaliśmy do kabin tych samolotów i udawaliśmy, że lecimy w powietrzu i toczymy walki. Świetna to była zabawa.

Obóz trwał około trzech tygodni. Nie uczestniczyłem w nim do końca. Moi rodzice wyjeżdżali na kilka dni do Szczecina. Z tego powodu musiałem wrócić do domu by doglądać kurek i kaczek mamy. Zapamiętałem, że do Kamienia szedłem ponad dwie godziny.

Harcerstwo od początku swego powstania było bardzo dobrą szkołą przygotowania do życia i wychowania młodzieży w duchu patriotyzmu, czego i ja doświadczyłem w swoim życiu. Szkoda, że tamto harcerstwo już przeszłość.

Jerzy Bogdanowicz