1

Maraton Uznamski, którego trasa rozpoczyna się w Świnoujściu, a kończy w Wolgaście w Niemczech uchodzi za trudny maraton. Pierwsze 10 km jest łatwe, biegniemy utwardzoną ścieżką rowerową do Bansin. Od Bansin zaczyna się zabawa. Ścieżka rowerowa po której wiedzie trasa maratonu staje się leśną ścieżką z licznymi pagórkami. Przez kilkanaście kilometrów droga prowadzi nas albo pod górkę albo z górki. Mimo dużych trudności dla biegacza trasa ta jest bardzo ciekawa, biegniemy blisko morza po falistym wybrzeżu klifowym. Gdy kończą się górki, na 25 kilometrze trasa odbija od wybrzeża i staje się całkowicie płaska. Minusem na tym odcinku jest bliskość drogi asfaltowej po której jest dość duży ruch samochodów. Maraton ten biegłem po raz trzeci, za każdym razem ten płaski odcinek dawał mi mocno w kość. Przez pierwsze moje dwa biegi problemem na tym odcinku było bardzo silne słońce, które mocno doskwierało. W tym roku było wprost przeciwnie: padał deszcz, nie taki zwykły deszczyk, tylko ulewny deszcz, który raz na jakiś czas zamieniał się w potop. Tak jakby ktoś z góry lał na nas wodę z wiaderka. Ale tego było za mało. Z przodu zacinał mocny wiatr, który sprawiał, że krople deszczu siekały nas po całym ciele. Biegacze przedstawiali żałosny widok. W tym samym czasie na pobliskiej drodze asfaltowej był wielokilometrowy korek, ludzie w samochodach pewnie patrzyli się na nas z politowaniem. Gdy już ujrzałem z daleka most w Wolgaście to wiedziałem, że meta tuż, tuż. Gdy byłem na kilometr przed metą, deszcz przestał padać, wyjrzało słońce. tak więc kocówkę biegu miałem wspaniałą. I nie przeszkadzało mi to, że ostatnie 200 metrów prowadziło po bieżni stadionu, która była jednym wielkim błotkiem. Na mecie było dwóch konferansjerów, polski i niemiecki, którzy dopingowali każdego po imieniu.

Punkty spożywcze na trasie umiejscowione zostały co około 5 kilometrów. Były na nich woda, herbata, czekolada i banany. Jeden z punktów, na 30-tym kilometrze, był wyjątkowy. Dodatkowo była cola z dużą ilością deszczu, ale i tak jej smak był niezapomniany. Chciałbym tu jeszcze wspomnieć o punkcie przedostatnim, na 35-tym kilometrze. Na tym punkcie zawsze podają może nie gorącą, ale bardzo ciepłą herbatę. Przez ostatnie dwa lata, gdy było upalnie, to był to kiepski pomysł. Ale w tym roku trafili w dziesiątkę! Ciepła herbata w tym zimnym deszczu była wspaniała. A tak na marginesie to opiłem się herbatą porządnie jak na zimowej wycieczce po schroniskach górskich. Pomimo wszystkich przeciwności na trasie ten maraton na długo zapamiętam jako jeden z ciekawszych biegów, w których brałem udział.

W czasie rozmów na mecie między biegaczami, doszliśmy do wniosku, że ten maraton chyba się kończy. Pakiet coraz biedniejszy, którego ceny są coraz wyższe. W tym roku zanotowano spadek liczby uczestników o około 20%. Zastanawiające dla mnie jest zabezpieczenie medyczne. Karetki to widziałem tylko dwie na trasie, poza obszarem leśnym. W lesie funkcję karetek chyba pełnili starsi panowie na rowerkach, ubrani w czerwone stroje. Do rowerów mieli przytroczone z dwóch stron jakieś duże teczki z czerwonym krzyżem i napisem „Deutsches Rotes Kreuz”. Zabawnie to wyglądało, ale jakoś nie wzbudzali we mnie zaufania.

Mam nadzieję, że ten maraton będzie organizowany w przyszłości. Lubię go ze względu na ciekawą trasę. W tym roku do mety dobiegło 193 zawodników. Zwycięzcą został, tak jak w zeszłym roku, Polak Maciej Łucyk z czasem 2:39:04. Mój czas to 4:41:18.